Rano nakarmiłam psy,koty,przyniosłam drewno do kominka,a potem zaprowadziłam kozę Tosię nad staw.Pogoda piękna,liście topolii i wierzb wirują sobie na wietrze.Zobaczyłam piękne purpurowe,młode klony przy szuwarach.Zachwycona nimi, zrywałam małe kolorowe cudeńka.Zaczęłam przedzierać się na drugą stronę stawu i w pewnym momencie zapadłam się po kolana w porośniętym trawą bagnisku.Byłam w gumowych klapkach.Zaczęłam wyciągać nogi z brunatnej mazi,ale nogi zasysały się coraz bardziej.W końcu złapałam się gałęzi i wygramoliłam z wielkim trudem.Moje słonecznie żółte dresy zrobiły się ciemno brązowe.Niewiele myśląc poszłam na pomost ,zdjęłam zabrudzone rzeczy i wyprałam z błota ,potem w lodowatej wodzie wymyłam nogi i do domu.W domu o mały włos nie połamałbym nóg ,bo pośliznęłam się i wylądowałam na śliskiej posadzce.Zauważyłam ,że w dłoni mam maleńkie listki klonu…Teraz już mogę się z tego śmiać. Przebrana w suche ubranka z kubkiem gorącej herbaty,którą sama ususzyłam i nazwałam „Oczarowanie jesienią”,przy buchającym ciepłem kominku obmyślam plan,jak zrobić,aby móc spokojnie przejść na drugą stronę stawu.Jutro zaczynam pracę przy bagnistej ścieżce….jm
