Przy wczorajszym obiedzie,kiedy tak rozmawiałam z Wiki i Angelą jej koleżanką,przypomniałam sobie jeden z wakacyjnych dni.Pojechałam z bratem do babci na wieś.Łaziliśmy po parku,wspinaliśmy się na drzewa i zaglądaliśmy w ptasie gniazda.Zajadaliśmy czereśnie,jeździliśmy z dziadkiem na łąki i grabiliśmy siano.Pewnego dnia,poszliśmy na jeziorko.Było nas kilkoro dzieciaków.Pachniało lasem,łanami zbóż,śmiechem rozbawionej dziatwy.Brat chciał zobaczyć czy woda jest ciepła,pośliznął się i wpadł pod wodę.Zaczął się topić,niewiele myśląc wskoczyłam,aby go ratować.Nie potrafiłam pływać,ale wiedziałam,że tak trzeba.Zanurkowałam i natrafiłam na jego głowę.Złapałam za koszulkę i wypłynęłam z nim na powierzchnię holując do brzegu.Kiedy było po wszystkim,zdałam sobie sprawę,co mogło się stać,gdybym nie wskoczyła…Miałam 11lat,tyle ile mają Wiki z Angelą….Kiedy wróciliśmy do domu,babcia nalała do głębokich talerzy zupę owocową z jagód,z własnoręcznie robionym makaronem.Jadłam bez opamiętania(4 całe porcje talerzowe).A potem zrobiło mnie się tak jakoś dziwnie niedobrze i …………,było po zupie….jm